Kolumbijskie Palomino - hipisowska wioska na Karaibach. Gdzie spać i co zobaczyć?

Opublikowano w 27 marca 2026 16:23

Przyjeżdżając do Palomino, nie planowaliśmy zbyt wiele. Chcieliśmy głównie odpocząć, ja miałam też trochę pracy do ogarnięcia na miejscu. Znaleźliśmy jednak kilka perełek, którymi chcielibyśmy się z Wami podzielić i zrobiliśmy parę rzeczy, które mogą Was zainteresować.

Palomino: Między rajem a chaosem. Co to wgl. za miejsce?

 

Jeśli spodziewacie się luksusowego kurortu z wybrukowanymi alejkami, to... trafiliście pod zły adres. Palomino to w zasadzie jedna długa, piaszczysta ulica (Calle 6), która prowadzi od głównej trasy krajowej prosto do oceanu. Po bokach znajdziecie wszystko: od luksusowych hoteli boho, przez hostele z hamakami, po lokalne budy z jedzeniem.

Z czym musi się mierzyć ta miejscowość?

  • Znikająca plaża (erozja): to największy problem Palomino. Morze Karaibskie dosłownie pożera ląd. W wielu miejscach plaża jest tak wąska, że ledwo mieści się na niej ręcznik, a niektóre hotele muszą budować barykady z worków z piaskiem, żeby fala nie wdarła się do pokoi.
  • Infrastruktura pod znakiem zapytania: turystyka wystrzeliła tu szybciej niż możliwości wioski. Problemy z kanalizacją, brakiem stabilnego prądu czy śmieciami to tutaj codzienność. Jeśli planujecie tam pracować zdalnie (tak jak ja), miejcie to na uwadze – nagły brak prądu w całej wiosce nikogo tu nie dziwi.

 

Wydaje nam się, że to jedno z tych miejsc, które albo pokochasz za ten autentyczny bałagan, albo uciekniesz po jednej nocy.

No cóż...my się zakochaliśmy...bo - mimo tych wszystkich „ale” - Palomino jest jak magnes. Klimat backpackerskiej wolności, szumu oceanu i dżungli w tle sprawia, że łatwo tu zostać na dłużej, niż się planowało.

Jak dojechać do Palomino?

 

Dojazd do Palomino z Minki to była mała lekcja cierpliwości. Najpierw wzięliśmy inDrive, ale kierowca wysadził nas na kompletnym zad*piu i nikt inny nie chciał nas stamtąd zabrać dalej. W końcu trafił się pan w małym Hyundaiu i10. Wyobraźcie to sobie: małe autko, nasza czwórka i cztery wielkie plecaki. Wepchnęliśmy się tam „na śledzia” i jakoś dojechaliśmy!

Jeśli chcecie pokonać trasę z Minki do Palomino transportem publicznym, musicie przygotować się na jedną przesiadkę w Santa Marta. Nie ma bezpośredniego autobusu łączącego te dwie miejscowości.

Krok 1: Z Minki do Santa Marta: 

Z centrum Minki (okolice kościoła i głównego skrzyżowania) odjeżdżają colectivos (białe vany/busy).

  • Koszt: ok. 10 000 COP (ok. 10 PLN) za osobę.
  • Czas przejazdu: ok. 45 - 50 minut.
  • Gdzie wysiąść: Powiedz kierowcy, że chcesz dojechać do Mercado Público w Santa Marta (konkretnie na przystanek autobusów do Palomino). Większość busików z Minki kończy trasę właśnie w okolicach targu (Calle 11 z Carrera 9).

Krok 2: Z Santa Marta do Palomino

Kiedy wysiądziecie na Mercado Público, szukajcie zielonych autobusów firmy Cootransoriente lub po prostu pytajcie o "Bus a Palomino". Naganiacze zazwyczaj głośno krzyczą nazwę miejscowości.

  • Miejsce odjazdu: Skrzyżowanie Calle 11 i Carrera 9 (to samo miejsce, gdzie przyjeżdżają busy z Minki).
  • Koszt: ok. 15 000 - 20 000 COP (ok. 15-20 PLN) za osobę.
  • Czas przejazdu: ok. 1,5 do 2 godzin (zależy od korków przy wyjeździe z miasta i liczby przystanków po drodze).
  • Trasa: Autobus jedzie drogą Troncal del Caribe, mija po drodze wejście do Parku Tayrona i wysadza pasażerów przy głównej drodze w Palomino (na wysokości stacji benzynowej/głównej piaszczystej ulicy prowadzącej do plaży).

Plaża w Palomino

Fajna palemka

Zachód słońca na plaży

Ważne wskazówki:

 

  1. Bagaż: W busach z Minki bagaż ląduje zazwyczaj na dachu lub z tyłu. W dużym autobusie do Palomino bagaż jest chowany do luku pod spodem lub (jeśli jest mniejszy) zabierany do środka.
  2. Gotówka: Za oba przejazdy zapłacicie wyłącznie gotówką u kierowcy lub pomocnika (cobrador).
  3. Godziny: Busy kursują bardzo często (co 15-20 minut), od wczesnego rana (ok. 6:00) do około 18:00–19:00. Lepiej nie ruszać się po zmroku, bo częstotliwość kursów drastycznie spada.
  4. Omijajcie Terminal de Transporte: Nie jedźcie na główny dworzec autobusowy (Terminal) w Santa Marta. Jest on oddalony od centrum i autobusy jadące stamtąd do Palomino i tak zazwyczaj zatrzymują się na Mercado, żeby dobić pasażerów.

Łączny koszt wyprawy: ok. 25 000 – 30 000 COP (ok. 25-30 PLN) za osobę. To zdecydowanie najtańsza opcja.

Gdzie spać w Palomino?

 

Zatrzymaliśmy się w hostelu Kasakolà. Stylizowany na takie boho z meksykańskiego Tulum – dżungla dookoła, ładne malunki na murach.

  • Szczerze o pokojach: Nocleg był taki sobie. Czysto, ale pokoje bardzo małe i ciemne (czarna pościel nie pomagała!). My z Kamilem mieliśmy tylko wiatrak, Jakub z Natalią trafili na większy pokój z klimatyzacją.
  • Standard: Mieliśmy własne łazienki, co w hostelu jest plusem, ale o ciepłej wodzie pod prysznicem zapomnijcie. Do tego w tańszych miejscach w Ameryce Południowej trzeba po prostu przywyknąć. Śniadanie to klasyka: głównie jajecznica 😀, ale fajnie, że jest w cenie.

 

Źródło: Booking.com

Co robić w Palomino? Oprócz odpoczynku! 

 

  • Tubing po rzece: To był hit! Najpierw szalona jazda na motorach po wertepach z wielkimi dętkami na plecach (kierowcy jechali tak szybko, że byliśmy nieźle wystraszeni). Potem spływ rzeką do morza. W pewnym momencie zapytałam naszego 15-letniego przewodnika, (tak, mógł mieć z 15 lat xD) czy w rzece są krokodyle. Odpowiedział ze stoickim spokojem: „Tak”. Kamil do końca spływu trzymał nogi bardzo wysoko...Koszt spływu to ok. 50 000 - 70 000 (ok. 50 - 70 PLN)
  • Surfing: Kamil poszedł popływać na desce. Warunki może nie tak idealne jak na Filipinach, ale i tak była super zajawka. Na plaży łatwo wziąć lekcję i wypożyczyć sprzęt.
  • Imprezy na plaży: Wieczorem życie przenosi się nad samo morze. Można trafić na naprawdę dziwne i śmieszne akcje. My z Kamilem pewnego razu załapaliśmy się na... lekcję twerkingu na piasku!

Kamil na lekcjach surfingu

Dzieci z wioski ludu Kogi

  • Wyprawa do wioski Kogi: Kamil najpierw pojechał tam sam na motorze, a następnego dnia zabrał nas wszystkich. To niesamowite spotkanie z rdzenną ludnością, ale o tym napiszemy osobno!
  • Baza pod Park Tayrona: Z Palomino macie mega łatwy dostęp do słynnego parku Tayrona. Wystarczy złapać ten sam zielony autobus, którym przyjechaliście z Santa Marty. Pod wejście (El Zaino) dojedziecie w około 45-50 minut.

  • Wodospady Quebrada Valencia: znajdziecie je około 20-30 minut busem od Palomino. To seria naturalnych basenów i kaskad ukrytych w lesie. Super opcja na popołudniową wycieczkę. Wstęp to 15 000 COP (ok. 15 zł)

  • Jazda konna brzegiem morza: Jeśli chcecie poczuć się jak w filmie, możecie wynająć konie i przejechać się wzdłuż plaży o wschodzie lub zachodzie słońca. Koszt takiej atrakcji to ok. 60 000 - 80 000 (ok.60 - 80 PLN)

Gdzie zjeść i wypić dobrego drinka? (Nasze „perełki”)

 

Playa mojito - tego baru nie możecie pominąć! Szukajcie miejsca prowadzonego przez świetną dziewczynę z Bogoty. Jedzenie jest bardzo dobre, a drinki (mojito, caipirinha) są konkretne, nieoszukane i w świetnych cenach.

Pamiątkowa fotka z właścicielką baru Playa Mojito

Grosso Restobar: Jeśli macie ochotę na coś innego, koniecznie wpadnijcie na argentyńskie empanady. Są pieczone, mają mnóstwo rodzajów i smakują obłędnie.

Praktyczne wskazówki

 

Wymiana pieniędzy: wymieńcie pieniądze jeszcze w Santa Marta. W Palomino są tylko punkty z fatalnym kursem, które wiecznie są zamknięte. Bankomatów prawie nie ma, a jak są, to puste.

Psia „mafia”: w Palomino jest mnóstwo psów. Większość to przyjacielskie leniuchy, które śpią na środku drogi i nic sobie nie robią z przejeżdżających mototaxi, ale wieczorami bywają głośne i terytorialne. Jeśli boicie się psów, to Palomino będzie dla Was małym wyzwaniem.

Internet: tak jak wspominałam wyżej, pracowałam stąd zdalnie. Da się to ogarnąć, ale pamiętajcie, że w Palomino prąd lubi znikać bez ostrzeżenia.

Dlaczego Palomino nazywane jest hipisowską (bądź też hipsterską) wioską?

 

Palomino dorobiło się tej łatki nie bez powodu. Można powiedzieć, że to kolumbijskie Tulum sprzed kilkunastu lat - zanim wjechał tam wielki kapitał i beton.

  • "No shoes, no stress”: tutaj nikt nie patrzy krzywo, gdy idziesz przez główną ulicę boso, z deską surfingową pod pachą i w lnianej koszuli, która nie widziała żelazka od miesiąca. Czas płynie tu w rytmie mañana - nikt się nie spieszy, a największym dylematem dnia jest wybór między kolejnym mojito a drzemką w hamaku.

  • Miks boho i surowizny: z jednej strony masz piaszczyste drogi, po których biegają kury i psy, a z drugiej - designerskie hostele z bambusa, makramy wiszące na każdym rogu i knajpki serwujące açai bowls czy rzemieślnicze piwo. To właśnie ten „hipsterski” pierwiastek.

  • Mekka dla cyfrowych nomadów: tak jak ja, mnóstwo osób przyjeżdża tu z laptopami. Widok kogoś pracującego przy stoliku zrobionym z pnia drzewa, popijającego kawę z lokalnej plantacji, to tutaj norma. To przyciąga ludzi, którzy szukają alternatywy dla nudnych biur i szklanych wieżowców.

  • Duchowość i joga: znajdziecie tu ogłoszenia o sesjach jogi o wschodzie słońca, medytacjach czy ceremoniach kakao. To przyciąga współczesnych „hipisów”, którzy szukają tu połączenia z energią Sierra Nevada.

Chcecie zobaczyć tę szaloną jazdę na motorach i nasze miny po info o krokodylach? Zapraszamy do relacji z Palomino:

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.